Szczeniak z pseudohodowli? Nie polecam.

Zanim przedstawię główną bohaterke tego bloga, chciałabym opisac historię, która do tej pory łamie mi serce. I “przyczynę” pojawienia się Livii w naszym domu.
Historię małego wielkiego pieska, który wniósł do naszego domu radość a do mojego serca, prawdziwą już miłość do chow chowów.

“Przecież dużo tańszy”, “może nic się nie stanie”, “ludzie kupują z pseudo i mają zdrowe zwierzaki”, “przynajmniej będzie miał dobry domek” albo po prostu bezmyślność, żadnego rozważenia za i przeciw. Czym ja się kierowałam wybierając hodowlę, która okazała się niewiele wartą wylęgarnią szczeniąt? Sama nie wiem, natomiast wiem już jak pusto miałam w głowie, a argumenty, którymi posłużyłam się w tym wypadku o ile to ważne, to “może nic mu nie będzie, a jak się rozchoruje to mu pomożemy” i “skoro już się urodził to czemu nie ma otrzymać dobrego domu i miłości”.

Przez większą część życia marzył mi się chow chow, puchaty misiek, który byłby moją chodzącą na czterech łapkach miłością, psim oczkiem w głowie. Decyzja o zakupie była przemyślana wyłacznie pod kątem tego, że chcemy takiego psiaka. Nie rozwodziliśmy się nad kwestią tego skąd miałby pochodzić, kim byliby rodzice i jaki miałby rodowód. Jak to często bywa w takich przypadkach, na decyzji zaważyły chwile, bo decyzja niby połowicznie przemyślana zapadła w czasie kilku minut. Ogłoszenie, piekne maleństwo, kuszaca cena i mydlenie oczu, że piesek ma rodowód, zdrowych utytułowanych rodziców, a szczeniaczki idą jak ciepłe bułeczki. Szybko szybko! Rezerwujemy i jedziemy po malucha. Pani miła, z miłością wypowiadała się o pieskach, instruowała jak dbać o maleństwo przekazała dokumenty i jedzonko na drogę, zainkasowała gotówkę i pomachała nam na drogę.
Co powinno zwrócić moją uwagę? Ilość psów na miejscu, widziałam psiaki przynajmniej czterech ras. Brak rodziców do wglądu na miejscu, no ale kto by o tym myślał ściskając puchate szczęście i chcąc już tylko zabrać je do domu.

Początki z pieskiem nie były ani łatwe ani trudne. Mars, bo taki imię nosił od samego początku widział we mnie mamusię, chodził krok w krok i uwielbiał się tulić, a że czasem podgryzał – żaden problem! Błyskawicznie uczył się załatwiania potrzeb na dworze i był gwiazdą całego niemal osiedla. Raz się przeziębił ale z łatwością zaleczyliśmy infekcję.
Żyliśmy jak w wymarzonej przeze mnie bajce, z kochanym zwierzakiem kochającym nas. Do czasu.

Niedzielny poranek – cud, że niedzielny! W dzień roboczy mogłoby nas nie być o tej porze w domu. Wyrywa mnie ze snu skomlenie. Zrywam się pędem wyobrażając sobie, że mógł coś strącić, stłuc i skaleczyć się, albo wcisnąć w miejsce z którego nie może wyjść. Abstrakcyjne pomysły, bo miejsc takowych w domu nie mamy, a zrzucić nie miałby czego. Biegnąc do niego te trzy długie sekundy mijam mnóstwo losowo rozparcelowanych odchodów (a przecież od dawna nie załatwiał tych spraw w domu), obok wymiociny i w końcu pies. Leżący na brzuchu, z głową wygiętą maksymalnie do góry, niemal do tyłu. skomlący z przerażonym spojrzeniem. Panika! Umiera? Co się dzieje?! Łapię Marsa, delikatnie staram się położyć na boku i uspokajam, atak robi się lżejszy, udało się maleństwo ukoić, mimo braku reakcji z jego strony nie skomli już, oczy są spokojniejsze, mimo, że nie patrzy nawet na mnie. W pospiechu pakujemy go w kocyk i biegniemy do auta. Całe szczęście, że w tak dużym mieście mamy całodobowy szpital dla zwierzaków. Całą drogę go tulę, uspokajam i mówię do niego, jego spokój przerywają chwilowe naprężenia i drgawki(?). Wpadamy do kliniki, biegam po gabinetach szukając kogoś, wychodzi do mnie pielęgniarka, zabiera małego, czekamy na lekarza. standardowy wywiad, opowiadam, że dopiero co szczepiony – może jakaś reakcja, że byliśmy dzień wcześniej w lesie – mógł coś zjeść, jakiegoś grzyba, cokolwiek. Odsyłają nas do domu, maluch trafia na szpital, mamy czekać na wieści.

Wracamy w podłych nastrojach, po całym dniu nerwów i rozpaczy mieszającej się z nadzieją dzwonię do kliniki. Żadnych zmian, żadnej poprawy. Płuczą go pod kątem ewentualnego zatrucia czymś znalezionym w lesie, aczkolwiek jest to mało prawdopodobne, równie nieduże szanse są na reakcję poszczepienną. Co się dzieje mojemu Marsowi?! Nikt nie wie, badają go, wyniki takie sobie, USG w miarę w normie. Kolejny dzień, dzwonię skoro świt, nadal bez zmian. Leży tylko na boku, nie bardzo reaguje. Bez leków na uspokojenie skomli i pręży się wyginając ciałko. Czekamy na jakąkolwiek poprawę, czekamy na pomysł, sugestię co to może być i jak to leczyć. Pada propozycja wykonania mu tomografii bądź rezonansu, które to mają poszerzyć pakiet wykonanych badań i wyeliminować podejrzenie ewentualnych problemów w mózgu, bo właśnie takowe są w założeniach jednej z lekarek. Zgadzamy się na droższe z badań, dużo droższe. 800 zł piechotą nie chodzi, a przecież piesek z pseudo miał wyjść taniej w ostatecznym rozrachunku. Nieważne, niech go diagnozują, niech leczą!
W badaniu potwierdzają się najgorsze podejrzenia. Maluch ma wady wrodzone oraz szereg następstw tych wad. Czyja to wina? Losu? Nieodpowiedniego dbania o sukę w okresie ciąży? Nieistotne, najważniejsze to walczyć o Marsa mimo niewielkich szans. Wiedza co leczyć, zaczynamy hospitalizację i sterydoterapię. Bo eutanazji nawet nie bierzemy pod uwagę, póki jest szansa, a maluch nie cierpi, bo niewiele kojarzy, walczmy. Zostajemy ostrzeżeni, że może ona nie przynieść skutku, może umrzeć w trakcie, a może nawet jeśli uda się go wyleczyć będzie wymagał wciąż opieki a zmiany w mózgu mogę uniemożliwić mu opanowanie najprostszych rzeczy. Trudno, może mi sikać po domu najbliższe 10 lat, byleby żył, był z nami.

Pierwszy dzień leczenia. Koszty rosną z każdą chwilą, otrzymujemy ogromną pomoc za którą nigdy nie przestanę być wdzięczna. Pomoc finansowa i mnóstwo ciepłych słów wsparcia. Trafiamy na cudownych ludzi i oni doskonale wiedza, że są cudowni, nie raz im to powtarzałam, mam nadzieję, że dotarło do każdego moje słowo. Aczkolwiek nie sprecyzuje jaka grupę konkretnie mam na myśli, by nie ściągnąć na nich oszustów chcących zarobić na ludzkiej dobroci i współczuciu.

Wracam po pracy do domu, po wielu rozmowach z róznymi osobami zaczynam nabierac nadziei. Po sugestii postanawiam odwiedzić Marsa, dzwonię do kliniki dopytac czy jest taka możliwośc. Być może, ale muszę uzgodnic to z lekarzem. Czekam na wieczorny standardowy telefon do doktora. Poprawy niby brak, ale zaczął samodzielnie jeśc i chętnie pił. A poza tym jest zgoda! Można zobaczyć się z maleństwem, ale dziś już późno, rozmowy o pacjentach odbywają się zwykle ok 21, jak i z kim dziecko zostawić, by pojechać? Odwiedzimy jutro, wyściskam, wycałuję i obiecam, że zabiore do domu już wkrótce! I tak też się stało, zabrałam go bardzo szybko ale zupełnie nie tak, jak to sobie wyobrażałam.

Leżę w nocy w łóżku, denerwuję się, trzęsą mi się ręce, podejmuje decyzję, że nazajutrz z samego rana, jeszcze przed pracą pojadę do Marsa. Biorę telefon, żeby uprzedzić koleżankę o ewentualnym spóźnieniu i nie zdążam wykręcić numeru. 7 listopada 2016. Godzina 23:45 dzwoni numer kliniki. Jaki telefon o tej porze może zwiastować coś dobrego?

Brak happy endu. Zgodnie z ostrzeżeniami lekarza, o tym jakie jest ryzyko, sprawdziła się najgorsza z opcji Marsik odszedł. Zatrzymał się oddech, który w trakcie reanimacji powrócił, ale zatrzymał się po chwili ponownie. Nie pomogło podanie adrenaliny ani kolejna akcja reanimacyjna, bo serce działało, ale czynności oddechowe już nie. Odebraliśmy malucha, chciałam go jeszcze zobaczyć przed “utylizacja” zwłok, którą wzięlismy na siebie. Nigdy w życiu nie niosłam nic tak cięzkiego. I nie sądzę, żeby to malutkie ciałko tyle ważyło. Raczej ból, smutek, niedowierzanie i wyrzuty sumienia, że nie pojechałam do niego od razu, że nie zobaczył mnie przed odejściem, głupie myśli, że może wtedy wiedziałby, że warto walczyć, że wróci do nas jak tylko wydobrzeje.

Nazajutrz pojechałam do pracy wziąć wolne, bo nei dość, że smutek to jeszcze sama się pochorowałam. Wróciłam do domu i dobre kilka minut zbierałam się, żeby otworzyć drzwi i wejść do niego. Nikt nie powitał mnie w progu radością i merdaniem ogonka. I własnie ta cisza i pustka były najgorsze. Przepłakałam mnóstwo czasu. Z każdym dniem coraz mniej, ale nawet teraz, kiedy pisze te słowa i zbieram jego historię do kupy, łzy ciurkiem płyną mi po twarzy, bo na nowo przeżywam każdą chwilę.

Żeby było jasne, nie. Nie żałuję żadnej chwili z nim, nie żałuję, że do nas trafił. Żałuję tylko, że nie ma go juz w naszym życiu i domu i że takich przypadków jak nasz jest więcej.

Wiele osób pewnie uzna, że przesadzam, że to tylko pies. Ale z kolei ludzie, sa tylko ludźmi. Dużo osób przeczyta to i zapomni, albo nie przeczyta wcale, przecież tyle słów, a i temat niewesoły.

 

Advertisements

One thought on “Szczeniak z pseudohodowli? Nie polecam.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s